Dlaczego porównywanie do Jordana nie ma sensu

Ostatnio wciąż trafiam na różnego rodzaju grafiki, ze statystycznymi porównaniami LeBrona Jamesa do Michaela Jordana. Wcześniej było podobnie w przypadku Kobe’ego Bryanta i innych zawodników. W końcu… „Everybody wanna be like Mike”.

Problem w tego typu porównaniach jest jeden. Większość skupia się na suchych liczbach. Punkty, asysty, przechwyty, liczba występów w finałach, zdobyte trofea. Jasne. Można w ten sposób do tego podchodzić, ale wtedy arcymistrzem koszykówki byłby Wielki Bill Russell, który jako zawodnik Boston Celtics zdobył 8 mistrzostw z rzędu, a łącznie aż 11. Więc może brać pod uwagę zdobyte punkty? Tutaj niepodzielnie rządziłby Kareem Abdul-Jabbar. Gdy patrzymy jedynie na kwestię cyferek, wszystko wydaje się proste. Ten ma tego tyle, a ten tyle, więc gracz X jest lepszy od gracza Y. Ale warto spojrzeć na wszystko bardziej szczegółowo.

Tytuł tego wpisu mówi wszystko. Nie oznacza też jednak, że nie doceniam osiągnięć Jamesa, czy innych zawodników. Ale w tych wszystkich porównaniach tkwi podstawowy błąd. Ludzie nie zwracają uwagi na podstawowe rzeczy. Dlatego warto je przybliżyć, by logicznie wyjaśnić tytułową tezę. Zacznijmy od… wieku. Już na starcie porównywanie osiągnięć LeBrona do MJ’a mija się z celem. Dlaczego? Bowiem zaczynali swe kariery w zupełnie inny sposób. Jordan swój debiutancki mecz w NBA rozegrał mając 21 lat na karku. James natomiast nie miał jeszcze skończonych 19 „wiosen”. Jest to spora różnica, którą można przełożyć na 2 pełen sezony.

Kolejną sprawą jest ilość przerw, jakie Michael brał od koszykówki. Pierwsza emerytura po sezonie 92/93 trwała niemal 2 sezony (w rozgrywkach 94/95 powrócił na 17 spotkań). Potem w 1998 roku rozstał się z NBA na 3 lata. A jeszcze należy pamiętać, że już podczas drugiego roku w lidze doznał kontuzji, która sprawiał, że łącznie zagrał wtedy jedynie 18 razy (sezon 85/86). Zbierając to wszystko razem okaże się, że Jordanowi umknęło niemal 6 lat gry (4 pełne sezony + 2 sezony, w których zagrał 17 i 18 spotkań). To naprawdę sporo. Rozegrał tylko 13 pełnych sezonów (11 w Bulls [nie liczę sezonu z kontuzją i po powrocie] i 2 w Wizards), na co trzeba zwrócić uwagę.

Zupełnie inaczej wygląda to u LeBrona. Wspominałem, że karierę zaczął dwa lata wcześniej niż Jordan. Dołóżcie do tego to, że James nigdy nie opuścił całych rozgrywek. Obecnie rozgrywa swój 15 sezon. Co ciekawe, w chwili gdy piszę te słowa, ma na koncie jedynie 36 spotkań więcej, niż MJ. Ale wynika to z tego, że Michael miał na koncie rozegrane 9 pełnych sezonów z 82 meczami. LBJ nie miał ani jednej takiej kampanii. Zawsze zdarzało mu się opuszczać od kilku do kilkunastu spotkań. Należy więc pamiętać, że nie można porównać 33-letniego LeBrona, do 33-letniego Michaela, choćby ze względu na ilość rozegranych sezonów. LBJ w tym wieku jest w trakcie swoich 15 rozgrywek. Jordan natomiast miał w tym wieku 10 pełnych sezonów na koncie. To naprawdę spora różnica.

Kariery Michaela Jordana nie da się w pełni określić statystykami. Warto tutaj podać pewien przykład. Gdyby nie kontuzja i przerwy, to jego dorobek byłby jeszcze bardziej oszołamiający. Zatrzymajmy się na chwilę i podliczmy to, biorąc pod uwagę punkty, zbiórki i asysty. Aby było to odpowiednie, pod uwagę będę brał średnią z dwóch rozgrywek – ostatnich pełnych przed przerwą i pierwszych pełnych po powrocie. Zacznijmy od rozgrywek 85/86. Gdyby nie kontuzja, MJ zakończyłby prawdopodobnie rozgrywki z wynikiem 2677 pkt., 429 ast i 482 zbr.. Idźmy dalej. Niemal 2 sezony przerwy na baseball. Gdyby nie ten odpoczynek, miałby dodatkowe (na sezon) 2516 pkt., 390 ast i 532 zbr.. No i ostatnia, trzyletnia przerwa. Tutaj wynik wyglądałby następująco (także osiągi na jeden sezon): 1866 pkt., 296 ast i 407 zbr.. Podsumujmy to wszystko.

Gdyby Jordan nie odniósł kontuzji i nie przeszedł dwa razy na emeryturę, mógłby mieć o  13307 pkt., 2097 ast i 2767 zbr. więcej. Oznacza to, że całą karierę zakończyłby z dorobkiem 45599 pkt., (absolutne 1. miejsce w historii), 7730 ast (13. miejsce) i 9439 zbr. (47. miejsce). Oczywiście w pewien sposób są to zawyżone wyniki, które wynikają ze średniej, ale i tak działają one na wyobraźnię. Szczególnie ilość punktów. Wydaje się pewne, że gdyby Michael nie opuścił NBA dwukrotnie, to spokojnie dobiłby do granicy 40 tys. pkt., a więc czegoś co nie udało się żadnemu innemu zawodnikowi. Kto wie. Być może uda się LeBronowi, czego serdecznie mu życzę.

Kolejną kwestią są występy w finałach. Owszem, LBJ ma ich na koncie 8, ale wygrywał jedynie trzykrotnie. Jordan wystąpił w 6, 6 wygrał. I można nieco przekornie powiedzieć w tej sytuacji – nie ilość się liczy, a jakość. Oczywiście dominacja Jamesa budzi szacunek. Jednak problemem jest też to, że wiele osób robiących porównania Jamesa do Jordana… nie oglądało Michaela w akcji. Same skróty najlepszych akcji na YouTube nie są w stanie oddać tego, co MJ wyczyniał na parkiecie.

Prawda jest taka, że każde pokolenie ma swojego idola. Mikan, Russell, Frazier, Magic, Jordan, Bryant, James. Każdy mógł wybrać swojego ulubionego zawodnika. Mam przyjaciela, który ma tyle lat co ja i pamięta dominację Byków, a jest fanem Utah Jazz, a najlepszym koszykarzem dla niego jest Karl Malone. I to jest w koszykówce najpiękniejsze. Że każdy z nas, może mieć swojego własnego idola.

Reklamy