Geniusz będący w cieniu

Gdybyście nie interesowali się NBA, mijając go na ulicy, na pewno byście nie zwrócilibyście na niego uwagi. Nie jest wysoki (185 cm według oficjalnych informacji), nie ma tatuaży, a fryzurę nosi niezmiennie tę samą, choć włos mu się już znacznie przerzedził.

Ale nawet jeśli kochacie koszykówkę, to z pewnością często o nim zapominacie. Gdybyście mieli wymienić cały skład oryginalnego Dream Teamu, istnieje duże prawdopodobieństwo, że byście go nie wymienili. A przecież był jednym z najważniejszych ogniw tamtego składu. Przez lata prowadził grę Utah Jazz i tworzył jeden z najbardziej niesamowitych duetów w lidze. A dziś, skoro są jego urodziny, warto przypomnieć jak niezwykłym zawodnikiem był. Panie i Panowie – John Stockton.

19 sezonów w NBA, 19 razy w Play Off. Dwa finały. Na 1526 możliwych spotkań, rozegrał 1504 w sezonie regularnym. Zgadza się. Stockton w całej karierze opuścił zaledwie 22 mecze. Co jeszcze ciekawsze, nie rozkładało się to na wiele lat rozgrywek. John nie dał rady wystąpić w sezonie 89/90 w 4 spotkaniach, a następnie dopiero w kampanii 97/98 nie było go 18 razy na parkiecie. Jest to tym bardziej niesamowite, że nie mówimy tu o wielkim atlecie, który mógł zdominować rywala muskulaturą, czy wzrostem. Nie był też najszybszy. Mimo to zawsze można było na niego liczyć. Zajmuje 3. miejsce na liście zawodnik z największą ilością spotkań. Wyprzedzają go jedynie Kareem Abdul-Jabbar i Robert Parish.

Gdy zapytać większość fanów, z czym kojarzy im się gra Stocktona, większość bez namysłu odpowiedziałaby – z asystami. I trudno się temu dziwić. Do dziś urodzony w Spokane John, jest rekordzistą pod względem łącznej ilości asyst w lidze. 15806 ostatecznych podań do kolegów. Średnia z kariery na poziomie 10,5 ast/mecz (tylko Magic Johnson miał lepszą, ale grał też dużo krócej w lidze). Wydaje się to być rekord, którego jeszcze długo nikt nie pobije. Z obecnie grających w lidze, najbliżej niego są Chris Paul i LeBron James. CP3 ma 8672 asyst, a LBJ 8126. I nie ma co się spodziewać, by choć w jakimkolwiek stopniu udało im się choć trochę do wyczynu Johna Stocktona zbliżyć.

Jednak jeśli zapytalibyście speców i byłych graczy NBA, z którymi John się mierzył, z czego najlepiej go pamiętają, ci bez wahania odpowiedzieliby, że z twardej, wręcz ostrej defensywy. Nie bez powodu Stockton to rekordzista ligi pod względem przechwytów. Co więcej, jest jedynym, który przekroczył barierę 3 tysięcy przechwyceń. Ma ich dokładnie 3265. To kolejny rekord, którego raczej nikt nie pobije. Wielu wspomina, że choć nie miał najlepszych warunków fizycznych, to po starciach z nim wielu odechciewało się gry. „Stock” umiał wsadzić łokieć tak, by Cię zabolało, a sędzia tego nie zauważył. Był twardy, zawsze tuż obok rywala. Nie pozwalał na zbyt wiele przestrzeni. Jego rywale podkreślali, że doskonale umiał zniechęcać do gry.

Był też niezwykle trudny do bronienia. Gary Payton wspominał, że przeciwko nikomu nie grało mu się tak ciężko, jak przeciwko Stocktonowi. „Mieliśmy nagrania z meczów z Jazz. Analizowaliśmy je non stop. A potem i tak wychodziliśmy na idiotów, gdy John grał przeciwko nam„. Słowa „The Glove” mówią wiele o tym, jak niezwykłym John był zawodnikiem. W swojej grze potrafił doskonale kontrolować rytm gry, korzystać z zasłon i doprowadził akcje pick’n’roll do perfekcji. Do tego rzucał naprawdę dobrze, o czym niewielu pamięta. Jego skuteczność z całej kariery to 51,5% z gry, 38,4% z dystansu i 82,6% z rzutów wolnych. Nikt, kto grał w NBA przez przynajmniej 5 sezonów, nie miał takich osiągnięć. Choć na dobrej drodze do tego jest… Karl Anthony Towns, który na razie w swoich trzech sezonach notuje właśnie powyżej 51/38/82%.

Stockton to uosobienie regularności. Po tym jak 3 pierwsze sezony był jedynie rezerwowym, od momentu wejścia na stałe do pierwszej piątki, nigdy nie zszedł poniżej poziomu 10 pkt, 7 ast i 1 stl.. Jego najlepszy okres przypadł na lata 87-97. W ciągu tej dekady notował niebywałe 15,6 pkt., 12,8 ast. i 2,6 stl.. Z nim w składzie, Jazz nigdy nie byli poza Play Off. Grał on cały czas na swoim stabilnym poziomie, nawet gdy już był zaawansowanym wiekowo (jak na koszykarza) człowiekiem. To co także imponuje, to niesamowity sposób, w jaki potrafił dopasować się stylem gry do swoich kolegów.

Tak jak Jordan potrzebował Pippena, tak Karl Malone nie byłby tym kim został, gdyby nie Stockton. „Stock” i „Mailman” stworzyli jeden z najbardziej dominujących duetów w historii, choć na pierwszy rzut oka, nikt by nie powiedział, że będą się tak dobrze rozumieć. On niski, białoskóry, nie rzucający się w oczy, skromny, z tą samą żoną od 1986 roku, zażarty katolik. Drugi z nich – wysoki, muskularny, ciemnoskóry, zamieszany w skandal obyczajowy, często korzystający z trash talku na parkiecie i poza nim. Są jak ogień i woda, a mimo to, od samego początku połączyła ich niezwykła więź na parkiecie. Gdyby miano nakręcić koszykarską „Zabójczą Broń”, to ten duet nadawałby się idealnie. Bo nie można było się bardziej różnić niż oni dwaj, a jednocześnie tak genialnie współpracować.

W karierze Stocktona (podobnie jak i Malone’a) brakuje tylko jednego. Mistrzowskiego pierścienia, o który dwukrotnie walczyli przeciwko Jordanowi i jego Bulls. I być może właśnie dlatego, John często pomijany jest przez fanów, gdy mowa o rozgrywających. Gdy nie tak dawno robiłem ankietę dotyczącą najlepszych graczy na poszczególnych pozycjach, „Stock” dostał jedynie 14% głosów. Tyle samo co Jason Kidd, a o 4% mniej niż Steve Nash. To zaskakujące zważając na to, jak doskonałym koszykarzem był. Nie rzucał się w oczy, nie miał efektownego stylu, ale był  do bólu efektywny. Nie robił zwariowanych rzeczy i być może przez to, tak wielu nie kojarzy jako jednego z najwybitniejszych rozgrywających w dziejach?

Dla mnie postać Stocktona to niesamowite połączenie pasji, kultury, efektywności, ciężkiej pracy i regularności. Historia, którą każdy fan NBA powinien znać. A tak się składa, że już na rynku jest jego autobiografia, którą wydało Wydawnictwo SQN. Pod tym linkiem, możecie ją zakupić: https://www.labotiga.pl/ksiazki-sportowe-john-stockton/7394-john-stockton-autobiografia.html

Ja jeszcze jej nie mam, ale jak tylko ją nabędę, możecie liczyć na recenzję. A na zakończenie… sto lat Panie Stockton! I niech moc pick’n’rollów zawsze z Panem była!

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.