Pieniądze jednak śmierdzą?

Świat pędzi naprzód. Mamy coraz to nowszą technologię, ludzie mogą podróżować w niezwykle dogodnych warunkach, rozmawiać ze sobą na żywo będąc oddalonym od siebie o tysiące kilometrów. Dotyczy to także różnych gałęzi biznesu. Prawa z transmisji, coraz to pojemniejsze hale widowiskowe. Żyjemy w złotej erze sportu wyczynowego, który dostarcza nam nie tylko emocji, ale osobom zaangażowanym w ich codziennie działanie, ogromnych pieniędzy.

NBA radzi sobie pod tym względem doskonale. 24 miliardy dolarów, jakie liga dostanie z praw telewizyjnych brzmi niewyobrażalnie, a przecież należy do tego dodać wszelkie umowy sponsorskie, sprzedaż gadżetów, itd.. Wszystko to przekłada się również na same zarobki zawodników, a byli już gracze mogą cytować słowa Charlesa Barkleya, który widząc jak rosną zarobki młodszych koszykarzy stwierdził, że nienawidzi swojej matki za to, że ta urodziła go tak wcześnie. Nie ma co ukrywać. Temat pieniędzy zawsze będzie budził emocje.

Niestety ostatnimi czasy zauważyłem, że w naszym kraju pojawia się coraz więcej głosów, że zarobki jakimi raczeni są gracze NBA, to paranoja. O dziwo tego typu opinie nie wychodzą jedynie od fanów basketu, ale i od różnych redakcji. Spotkałem się nawet z wpisem na profilu jednego z portali, że takie pieniądze są niesprawiedliwe ze społecznego punktu widzenia. Do tego dochodzi masa komentarzy, że zawodnicy zarabiają zbyt dużo. I przyznam szczerze. Kompletnie tego nie rozumiem.

Zacznijmy od zarobków zawodników. Czy dostają zbyt wysokie wynagrodzenie? Wiele osób myśli, że sportowiec ma fajne, proste życie. Robi to co lubi i dostaje ogromną kasę. Jednak jest to spojrzenie bardzo powierzchowne. Mało kto zagłębia się w temat i nie dostrzega ile profesjonalny koszykarz poświęca. Aby dojść do takich zarobków nie wystarczy być dobrym/przyzwoitym graczem. To ciężka praca każdego dnia, cholernie ciężki reżim treningowy, dbanie o dietę, życie pod presją i zmaganie się z oczekiwaniami. W USA zarobki są podawane do publicznej wiadomości co sprawia, że musisz w każdym meczu udowadniać, iż jesteś tych pieniędzy wart.

Mówimy też o lidze, do której nie dostaje się pierwszy lepszy zawodnik. Sama kariera też nie trwa wiecznie i tylko nieliczni grają powyżej 15 lat. Zazwyczaj gracze kończą nie mając nawet 38 lat. Na grę poświęcają niewielki ułamek czasu, zważywszy na całe życie. I należy pamiętać, że gdy skończą, muszą z czegoś żyć. Wydaje się to oczywiste, ale nie każdy chyba zdaje sobie z tego sprawę.

Kolejną rzeczą dotyczącą zarobków jest także to, że to nie sami zawodnicy ustalają sobie pensje. Wszystko jest robienie w ramach reguł, które zatwierdza liga. Tzw. salary cap na sezon 17/18 wyniesie 99 mln. dolarów. Jest to budżet jaki klub może przeznaczyć na pensje dla zawodników. Oczywiście można wyjść za ten pułap, ale wtedy dochodzi płacenie podatku od luksusu. Każdy klub ma więc te same widełki płacowe, w jakich może się poruszać. I tu dochodzimy do sedna sprawy.

Rynek się rozwija, pieniądze jakie liga zarabia, są coraz większe. Logicznym jest więc, że jeśli cała marka, jaką jest NBA dostaje ogromną kasę, to i zawodnicy mają coraz większe kontrakty. Władze ligi i klubów wiedzą jakim potencjałem dysponują i zdają sobie sprawę, że jakość jaką dają najlepsi koszykarze na świecie, nie jest tania. Dlatego Stephen Curry dostanie za swój nowy kontrakt ponad 200 mln. dolarów. Nie dlatego, że jest zdemoralizowanym „gwiazdorzyną”, ale dlatego, że jest jednym z najlepszych w tym co robi i swoją grą napędza dla samych Warriors jak i całej organizacji koszykarskiej ogromne zyski. Wyobraźcie sobie, że pracujecie dla firmy, której przynosicie duży zysk. Wasz szef widzi jak na jego konto wpływają zawrotne sumy, ale sam płaci Wam nieadekwatnie do tego, jaką pracę wykonujecie. Jak byście się z tym czuli, gdybyście wiedzieli, że właśnie daliście Waszemu pracodawcy zysk w wysokości kilkuset tysięcy zł., ale Wasza wypłata wynosi np. 2 tysiące?

Oczywiście osobną kwestią jest to, czy dany zawodnik nie jest przepłacony. I tutaj też sytuacja nie jest tylko biała lub czarna. Należy pamiętać, że rynek wolnych graczy nie jest nieskończenie wielki. Generalni menadżerowie muszą poruszać się nie tylko w danym budżecie, ale i też myśleć o tym, kto najlepiej wzmocni ich drużynę, a także mieć na uwadze przyszłość zespołu. To sprawia, że ruchy jakie podejmują muszą być dobrze przemyślane. Prawda jest taka, że dany zawodnik jest wart tyle, na ile w danym momencie jest komuś potrzebny. W przypadku największych gwiazd jest to proste. Nazywasz się LeBron James – dostajesz maxa. Ale co gdy nie jesteś supergwiazdą?

Wtedy dochodzi właśnie czynnik bycia potrzebnym. Świetnie ukazuje to przykład Jrue Holiday’a, który dostał 5-letni kontrakt wart 126 mln., czyli średnio ponad 25 mln. za sezon. Czy jest wart tak dużych pieniędzy? Patrząc na jego problemy ze zdrowiem i umiejętności, można mieć wątpliwości, ale sytuacja Pelicans wyglądała tak, że jeśli by nie podpisali z nim umowy, mogliby mieć duży problem z podpisaniem kogoś innego na tę samą pozycję. Musieli więc podjąć decyzję, czy ryzykować utratą swojego najlepszego rozgrywającego, nie mając nikogo innego w zanadrzu, lub zapłacić mu więcej niż zasługuje, ale mieć pewność, że będą mogli dalej z niego korzystać. Powtórzę raz jeszcze: jesteś tyle wart, ile na ten moment jesteś danej drużynie potrzebny.

Rzecz jasna będą osoby, które będą oburzone tym dalej. Takowym jednostkom chciałbym zwrócić jednak uwagę na to, że w NBA od zawsze tak było. Michael Jordan z samych kontraktów koszykarskich zarobił przez cała karierę 93,2 mln. dolarów, z czego 63,2 w trakcie dwóch ostatnich lat w Chicago Bulls. Magic Johnson miał o wiele mniejszą pensję, bo łącznie zebrał 23,6 mln.. Larry Bird natomiast miał jeszcze mniej, bo 20,8 mln.. Czy to oznacza, że zarabiali za mało? Nie. Po prostu wtedy tyle się zawodnikom płaciło, a sama liga przynosiła dużo mniejsze zyski niż obecnie.

Wszystko ewoluuje i kto wie, czy za kolejne 20 lat, zarobki na poziomie 30 mln. za sezon nie będą uznawane za niskie. A wszystko dlatego, że im większy jest na coś popyt, tym więcej z tego można wyciągnąć pieniędzy. Należy jednak też pamiętać o jednej rzeczy. Aby nie łączyć zarobków z umiejętnościami. Wspomniany wyżej Curry przez 5 z 8 lat spędzonych w lidze, zarabiał poniżej 10 mln. za sezon. Łącznie zebrał 56,7 mln. dolarów na swoim koncie. Teraz za jeden sezon zarobi 40 mln., zostając najlepiej zarabiającym koszykarzem w historii.

NBA stało się wielką korporacją, której zyski są ogromne. Jeśli ktoś chciałby kupić sobie klub, to za najtańszą ekipę, jaką w wycenie Forbes są New Orleans Pelicans, musiałby zapłacić 750 mln.. Za New York Knicks, którzy zajmują w zestawieniu pierwsze miejsce, należałoby wyłożyć już 3,3 miliarda. Do tego należy pamiętać o licznych umowach sponsorskich. W sezonie 15/16 przychód z samych takich kontraktów reklamowych wyniósł niespełna 800 mln.. A kwota ta będzie wciąż rosnąć.

Dlatego też oburzeń, że w NBA zarabia się za dużo, kompletnie nie rozumiem. Liga dostarcza sportowych emocji, jest świetnie promowana, a kibice tłumnie przychodzą oglądać mecze na żywo. Do tego oglądalność stale rośnie. Wszystko jest uporządkowane i dopięte na ostatni guzik. Dzięki temu całe rozgrywki generują tak wysokie zyski. Więc może zanim zacznie się narzekać na to ile to pieniędzy w USA się wydaje na basket, warto pomyśleć nad tym, ile pracy włożono w to, by osiągnąć taki poziom?

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s